niedziela, 7 października 2012

Ekspedycja Czarnogóra


Objechaliśmy na moturach kawał drogi, żeby dostać się do Czarnogóry - węgierskie równiny, serbskie wyboje i całe wybrzeże chorwackie. Zacznę od początku.

Wyjeżdżamy z Tarnowa wczesnym rankiem. Temperatura ok. 5 stopni, słońce. Jednym słowem rześki jesienny poranek. W ciągu godziny docieramy do Koniecznej. Następnie zatrzymujemy się na małe zakupy w słowackim Presov-ie. Robi się coraz cieplej. Na Węgrzech jest już gorąco i okrutnie nudno. Autostrada ciągnie się bez końca po płaskim jak stół terenie. Kole godziny 17 docieramy do Szeged - ostatniego miasta przed granicą Serbską. Śpimy w tanim hostelu za 23 euro.

Następnego dnia wstajemy wcześnie - śniadanie, pakowanie i jeszcze przed ósmą rano wjeżdżamy do Serbii. Lecimy autostradą do Nowego Sadu. W nowym Sadzie uciekamy z autostrady na drogę nr 21. Mijają miasta i wioski. Wszędzie pełno śmieci, zaniedbanie. Droga wije się coraz bardziej i pnie coraz wyżej. Docieramy do Przełęczy Jabuka (jabłkowej) i przekraczamy granicę z Czarnogórą. Krajobraz zaczyna się lekko zmieniać, gór przybywa. W zachodzącym słońcu pokonujemy wąski most na rzece Tara. Następnie droga pnie się na skraj kanionu i wije po skalnym płaskowyżu. Docieramy do miejscowości Zabljak, u podnóża Parku Narodowego Durmitor.


Nocleg na polu namiotowym "Ivan do" z kosmicznym widokiem kosztuje nas tylko 3 euro. W nocy strasznie wieje. Złe duchy kotłują się nad nami. Nie można spać.

Na szczęście poranek wita nas pogodą jak drut. Ruszamy do Kanionu Tary, który jest ponoć największym w Europie. Droga wije się wzdłuż rzeki wśród skał. Widoki niesamowite.


W końcu docieramy do Podgoricy. Robi się bardzo gorąco, zwłaszcza w korkach. Szybko zostawiamy stolicę i kierujemy się na Cetinje. Droga robi się coraz węższa i męcząca.


Robimy przerwę na obiad z widokiem na Zatokę Kotorską, która jest jedynym fiordem nad Adriatykiem. Teraz czeka nas najlepsze - zjazd do Kotoru. Prawie 1000 metrów przewyższenia. Zakrętom nie ma końca ale za to można popracować nad techniką. Lądujemy w Kotorze późnym popołudniem. Jakoś średnio nam wychodzi szukanie noclegu i koniec końców znajdujemy pole namiotowe nad samym morzem, jakieś 15 km za Kotorem. Wreszcie można się zanurzyć w chłodnym morzu.



Następnego dnia wracamy do Kotoru. Palmy, statki, inny świat. Zwiedzamy stare miasto i nadrabiamy zaległości w pracy bo jest darmowy Internet.



Zbliża się powoli południe. Pora w drogę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, by w miejscowości Lepetane przeprawić się promem na drugi brzeg zatoki.



Mimo końcówki września ruch na drodze jest spory. W końcu docieramy do Dubrovnik-a. Zostawiamy motocykle i idziemy zwiedzić starówkę. Jest mnóstwo ludzi i okrutnie gorąco. Chłodzimy się colą w barze przy murach miejskich.




Jedziemy dalej. Droga wije się, podnosi i opada. Wszędzie niesamowite panoramy chorwackiego wybrzeża. Można by tak jechać bez końca. Dzień już się kończy. Za Makarską znajdujemy małe i ciche pole namiotowe. Jak zwykle idziemy spać z kurami by skoro świt ruszyć w dalszą drogę.





Kolejny dzień podążamy wzdłuż wybrzeża by w końcu dotrzeć do Wyspy Pag. Same skały i kamienie z wijąca się pomiędzy wstążką asfaltu, robią księżycowe wrażenie. W końcu docieramy do miejscowości Zigljen, skąd przeprawiamy się promem na stały ląd.










Pogoda zaczyna się sypać. Od morza idzie front. W końcu dogania nas deszcz. Zatrzymujemy się na nocleg na małym polu namiotowym przy skalnej zatoce. Cisza, spokój i szum morza. Znowu można popływać.



W nocy budzi nas ulewa. Ranek nie przynosi poprawy pogody. Zwijamy mokry namiot i ruszamy w stronę Rjeki. Droga mokra i padać nie przestaje. Na dodatek kotłujące się nad nami chmury nie rokują. Na wysokości wyspy Krk decydujemy, że pora się zwijać do domu. Przed nami 1000 km. Wpadamy na autostradę. Leje tutaj już leje jak z cebra. W Zagrzebiu pogoda poprawia się i robi się sucho. Spinamy stalowe rumaki i tniemy ostro na północ. Węgry żegnają nas pięknym zachodem słońca. Na Słowacji robi się lodowato. W Bardejov-ie ubieramy na siebie wszystko co się da. Do domu dojeżdżamy już późno - koło drugiej w nocy, zryci jak konie po westernie. Warto było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz