poniedziałek, 3 maja 2010

Wiośniak


















Zjawisko rajdu wędrownego zdechło w naszej okolicy już kilka lat temu. Reaktywacja od dawna chodziła mi po głowie - wreszcie, w długi weekend majowy stało się.
Frekwencja nie powaliła ale, jak to mówią, "co za dużo to i świnia nie zje". Zresztą mogło być gorzej, bo rodzice zawsze wiedzą lepiej - że w maju to w  górach jeszcze śnieg leży, że ziemia zamarznięta - wszak siedzą w tych górach co weekend. Tymczasem trafia się pogoda iście wiosenna i pod namiotem nikt nie zmarznie.
Idziemy z Krynicy, przez Słotwiny do Bacówki nad Wierchomlą. Słońce grzeje. Następny dzień w deszczu do schroniska na Cyrli. Kiełbasa po łabowsku rekompensuje przemoczone buty. Ostatni dzień spędzamy wietrznie i widokowo na zboczach Makowicy.


3 komentarze:

  1. Ej, Szczotka, z Twego spojrzenia to mądrość jakaś taka bije... Ciary po plecach chodzą takie, że ja, belfer, milknę i w słuch się zamieniam...
    Bo przecież, zda się, że on WIE, że zaraz ciszę jak grzmot wielką, niepojętą, niecierpliwą, przełamie, duszy rozedrganie dłonią przepełnioną słowem upragnionym zamknie, i POWIE...

    OdpowiedzUsuń
  2. ...rób se jaja, rób :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. i rzekł: Niech stanie się...

    OdpowiedzUsuń