Zjawisko rajdu wędrownego zdechło w naszej okolicy już kilka lat temu. Reaktywacja od dawna chodziła mi po głowie - wreszcie, w długi weekend majowy stało się.
Frekwencja nie powaliła ale, jak to mówią, "co za dużo to i świnia nie zje". Zresztą mogło być gorzej, bo rodzice zawsze wiedzą lepiej - że w maju to w górach jeszcze śnieg leży, że ziemia zamarznięta - wszak siedzą w tych górach co weekend. Tymczasem trafia się pogoda iście wiosenna i pod namiotem nikt nie zmarznie.
Idziemy z Krynicy, przez Słotwiny do Bacówki nad Wierchomlą. Słońce grzeje. Następny dzień w deszczu do schroniska na Cyrli. Kiełbasa po łabowsku rekompensuje przemoczone buty. Ostatni dzień spędzamy wietrznie i widokowo na zboczach Makowicy.






Ej, Szczotka, z Twego spojrzenia to mądrość jakaś taka bije... Ciary po plecach chodzą takie, że ja, belfer, milknę i w słuch się zamieniam...
OdpowiedzUsuńBo przecież, zda się, że on WIE, że zaraz ciszę jak grzmot wielką, niepojętą, niecierpliwą, przełamie, duszy rozedrganie dłonią przepełnioną słowem upragnionym zamknie, i POWIE...
...rób se jaja, rób :-)
OdpowiedzUsuńi rzekł: Niech stanie się...
OdpowiedzUsuń