czwartek, 14 maja 2009

Inicjacja



















W Tatrach jest coraz cieplej i znika zupełnie zagrożenie lawinowe. Najwyższa pora zabrać ze sobą narty. Namawiam Grześka na Rysy - od zawsze chciałem z nich zjechać. Dojeżdżamy do Łysej polany w piątek wieczorem i mozolnie tuptamy do Morskiego Oka.

Do starego schroniska dochodzimy już po zmroku - jest pusto i cicho jak nigdy. Następnego dnia ruszamy w górę z samego rana. Pogoda nie nastraja optymistycznie. Ludzi na szlaku niewiele. Można powiedzieć, że góry mamy dla siebie. Jest pięknie. Co jakiś czas spokój przerywa trzask odpadającego z góry śniegu. Na szczęście powstające z niego lawinki są niegroźne.


















Kole południa wchodzimy do rysy prowadzącej pod wierzchołek. Mozolnie pniemy się do góry i zdaję sobie sprawę, że kondycja została daleko w lesie. W końcu osiągamy Rysy - są całe w chmurach. Szkoda bo nie ma czym oka nacieszyć i trudy wspinaczki nie nagrodzone. W planie miałem zjazd z samej przełęczy pod Rysami ale coraz mniej śniegu potęguje stromiznę i strach mnie oblatuje. Zjazd zaczynam gdzieś w połowie rysy. Na początku zsuwam się. W końcu strach puszcza i czuję tylko wolność i zmęczone mięśnie. Jest radość. Zjeżdżam na nartach do krawędzi Morskiego Oka. Szkoda mi tylko Grześka, który musi tą drogę pokonywać pieszo. W schronisku piwo smakuje jak nigdy a ja spotykam starego znajomego - Michała.
Następnego dnia idziemy na Wrota Chałubińskiego. Słońce leje się z nieba. Upał rozleniwia i zupełnie nam się nie spieszy, zwłaszcza że do dolinki za Mnichem mam słabość. Z każdą godziną coraz więcej śniegu zamienia się w kaszę. Przez nią zjazd jest męczący ale i tak daje radość.
Kole 14 lądujemy w Morskim Oku, które gości nas plackami ziemniaczanymi. Wszędzie pełno niedzielnych turystów - najwyższy czas stąd uciekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz